Strefa komfortu w stylu Hygge. 5 zasad szcześcia po Duńsku

 

Hygge, Hugge, Hułe, Hyge – dopóki duński język będzie brzmiał jakby mieć na wpół przełknięte kluski w gardle, to wymówienie Hygge będzie dla nas polaków naprawdę trudne. Co więcej nikt do końca nie wie co to znaczy. Jak więc dzięki Hygge uratować swoją strefę komfortu, odkryć ją na nowo i znaleźć w niej szczęście?

Hygge to termin, który z jednej strony może nam się kojarzyć z minimalistycznym stylem życia, tak charakterystycznym dla krajów skandynawskich. Z drugiej strony to styl myślenia i działania, który może nam faktycznie czerpać z życia więcej codziennej radości. Co więcej styl ten, jak odkryłem, jest bardzo pragmatyczny i świadomie stosowany – do realizacji – od zaraz.

Dużo czasu poświęca się w świecie rozwoju osobistego o przekraczaniu strefy komfortu, bo tylko tam znajdziemy szczęście, spełnienie i radość w życiu. Taki guzik, Hygge pokazuje, że da się do własnej strefy komfortu podejść nie tylko od innej strony, ale odkryć w niej małe radości i szczęścia. Pokazuje też jak mało o naszym komforcie wiemy. Dlatego od dzisiaj nie musisz opuszczać strefy komfortu, wystarczy, że inaczej będziesz o niej myślał.

Co charakteryzuje hygge:

Lojalność i gra zespołowa. W moim odczuciu to jedna z najważniejszych zasad. Gdy coś robisz, dajmy na to – organizujesz w pracy czyjeś urodziny – dzielisz obowiązki z każdą zaangażowaną osobą. W środowisku zawodowym to kluczowe, by ze sobą współpracować i dzielić obowiązki, nawet jeśli czasem wychodzi to poza zakres Twoich zdefiniowanych w umowie relacji pracodawca – pracownik. Jesteście zespołem. Macie określony cel. Współdzielicie ciężar działania w taki sposób, w jaki robicie to najlepiej. W miejscu pracy Hygge jednak jest w miarę łatwe do wyobrażenia sobie, trochę trudniejsze do realizacji. Spróbuj jednak zastosować Hugge w życiu codziennym w ten sposób.

Weźmy na ten przykład – organizujesz w domu przyjęcie. Pytanie? Kto gotuje? Przecież polskim tradycyjnym zwyczajem to pani, ewentualnie pan domu lub oboje mają zedrzeć sobie stopy i gotować 2 poprzedzające dni, tylko po to, by goście siedzieli przy wystawnym stole przesyconym potrawami. Zawsze mnie to irytowało. W mojej rodzinie dziadkowie czy czasem i moja mama potrafiła spędzić w kuchni 2-3 dni, wliczając to wyjścia po zakupy, obierane, gotowanie, próbowanie, mrożenie, odkładanie. To tytaniczna, nigdy nie doceniona praca, która nie tylko była kosztowna czasowo, ale i finansowo. Czy takie polskie postaw, a zastaw się prowadzi do szczęścia? Wydaje mi się, że nie. Sam organizowałem nie raz przyjęcia i ilość pracy jaka jest w kuchni potrafi kompletnie obedrzeć sam moment kulminacyjny z radości w imię potrzeby snu i odpoczynku.

W stylu Hygge jest inaczej – każdy przynosi jedną potrawę, najlepiej taką, którą lubi robić i robi ją bardzo dobrze. Z jaką ulgą odetchnąłem, wiedząc, że dowolne przyjęcie jest tzw. składkowe, tj. każdy przynosi co potrafi robić najlepiej. Dzięki temu każdy się naje, ciężar organizacji jest współdzielony – prawdziwa gra zespołowa. Muszę bezwstydnie się pochwalić – robię tak od paru lat, a o hygge usłyszałem dopiero w tym roku. W moim odczuciu wymieniliśmy w naszej historii pragmatyczną lojalność i grę zespołową na smutny i uciążliwy honor.

Przede wszystkim ma być miło i przytulnie.


Przez miło i przytulnie można rozumieć wiele rzeczy, ale chodzi o pobudzanie zmysłów, najlepiej tych, które z reguły ignorujemy na co dzień. No bo co to za przyjemność powiesić obrazek w pracy na ścianie, jeśli obserwować go możemy jedynie z miejsca, którym nie jest przytulnie i własnie miło – gdzie po prostu nie siedzi się przyjemnie. Takim charakterystycznym miejscem jakie dobrze pamiętam z jednego biurowca w jakim miałem przyjemność wykonywać zlecenia były sofy w holu. Piękne, wypasione sofy, każda za parę tysięcy złotych, za sofami kwiaty, takie gruboliściaste, śródziemnomorskie, w wielkich donicach. Pomiędzy tym designerski szklany stół. Nikt tam nigdy nie siadał. To miejsce nie było hygge. Nie było przytulne, miłe. Nie było ani miłego dźwięku, ani zapachu, ani nie można było na niczym oka zawiesić, ani zbudować odrobiny intymności, a sofa była zawsze zimna, skórzana, śliska, za głęboka. Być może znasz takie miejsca – one właśnie są takim przeciwieństwem przytulności. Czy możemy być szczęśliwi w takim miejscu? Nie sądzę. Po co robić takie miejsca w firmach? Bo architekt je tam zaplanował, albo dla szpanu. Albo jedno i drugie, nie widzę trzeciej opcji.
Mała rzecz a cieszy.

Trzecia zasada Hygge to niezwykle intuicyjna reguła cieszenia się właśnie z małych rzeczy.

Niemniej to dość trywialne i głupie po prostu powiedzieć komuś – idź i ciesz się z małych rzeczy, więc doprecyzujmy – małych zmian w otoczeniu, drobnych adaptacji do momentu, w którym zrealizujemy drugą poradę. Jak takie drobne rzeczy odnajdywać? Może to porównanie Ci pomoże. Znasz ten moment na domówce, przyjęciu, w którym impreza wędruje w dwa rejony, jednym z nich jest kuchnia. To właśnie w kuchni prowadzi się znaczące dyskusje i jest serce wydarzeń. Dlaczego? Dlatego, że kuchnia stwarza atmosferę, która nie zachęca do tańca, zabawy, głośnych dźwięków. Pozwala się wyciszyć, a równocześnie zapewnia stały dostęp do jedzenia, miejsc do siedzenia, przy tym często jest przytulna, niewielka, zbliża ludzi. Ręce możemy zająć jedzeniem, szklanką, brak przestrzeni daje przyzwolenie na siedzenie w nietypowych miejscach i w nietypowy sposób. Jednym słowem – daje dużo swobody. I właśnie o taką identyfikację tych małych zmian i małych rzeczy nam chodzi – znajdź miejsce w swoim otoczeniu, w którym chętnie przesiadują ludzie. Np. ulubiony fotel do czytania, albo leżak na balkonie, albo sypialnia. Każda przestrzeń ma swój klimat – dobrze jest wyciągnąć jego esencję i ją jeszcze bardziej podkręcić – najlepiej na wszystkie zmysły. Tak by było miło i przytulnie. I proszę o powstrzymanie się przed komentarzami w stylu “u mnie to najczęściej siedzi się w ubikacji”. W wannie też można stworzyć przyjemne miejsce na długie i przyjemne kąpiele, więc wszystko da się zrobić z myślą hygge.

Bądź sobą, czyli nie oceniaj.

Jedną z najbardziej spinających rzeczy podczas spotkań są uporczywe myśli czy sprostam oczekiwaniom innych, czy dopasuję się do nich i czy się nie wygłupię. To powoduje, że, w szczególności u osób z osobowością introwertyczną, dominuje niechęć przed spotkaniami i wyjściami do miejsc publicznych. Nie bez powodu relacje międzyludzkie powodują masę napięć i wymagają dużo wysiłku. Chyba, że… przestaniemy udowadniać, że jesteśmy kimś innym niż jesteśmy. To z jednej strony oznacza opuszczenie gardy, z drugiej bardzo rygorystyczne nauczenie się zasady, by przestać ludzi oceniać, a zacząć ich słuchać. O tej szczególnej zasadzie mówiłem już wielokrotnie w mojej serii o komunikacji bez przemocy – playlistę znajdziesz na moim kanale.

Zdaj sobie sprawę z przemijania czasu.

Nasz czas na hygge jest ograniczony, ale bardzo cenny. W takim razie podejmij decyzje by spędzać ten czas tylko z tymi osobami, które są dla Ciebie najważniejsze robiąc rzeczy, które najbardziej lubisz.

Hygge wymaga od nas z jednej strony całkiem sporo. Znajdź przytulną przestrzeń, podkręć jej przytulność i wygodę do maksimum, spędzaj tam czas jak chcesz, z kim chcesz. Współdziel małe chwile i się z nich ciesz. Hygowanie to Twoja przestrzeń komfortu. To świadome budowanie strefy komfortu w taki sposób, by nie tylko naładować baterie, ale by odkryć w tym komforcie małe przyjemności, jakich do tej pory jeszcze nie odkrywaliśmy. To ciekawa filozofia i idea, którą można wprowadzać do życia małymi kroczkami. Zacznij na przykład od przyjęcia składkowego, możesz śmiało rozejrzeć się po domu za przytulnymi kątkami i ich przytulność jeszcze poprawić.

Leszek Cibor

Podziel się