12 Zasad Życia Jordana Petersona

 

Czy wiedziałeś, że jedną z najważniejszych rzeczy, jakie możesz zrobić dla siebie i, swojego lepszego samopoczucia, a równocześnie najprostszą, jest wyprostować się?
Tak, nie musisz od razu wdrażać skomplikowanych technik, walczyć z wielkimi potworami prokrastynacji i demonami przeszłości. Zacznij od zwykłego – stań prosto, przestań się garbić i chować, wypnij pierś, barki do góry, pełny wdech i do przodu.
Tak jak my z 12 zasadami życia Jordana Petersona.

Dzisiejsza lista jest oparta bezpośrednio na 12 zasadach życia opisanych w książce o dokładnie takim samym tytule, autorstwa niezwykle popularnego w sieci psychiatry Jordana Petersona. Wybrałem z każdej zasady, moim zdaniem, najciekawsze idee, a niektóre będą moją własną ich interpretacją.

Zasada pierwsza:
Stój prosto z wypiętą piersią.

To zaskakujące, by pierwszą zasadą w książce o samodoskonaleniu i okiełznaniu chaosu w życiu zaczynać od czegoś tak… trywialnego. A jednak tak samo, jak nasi rodzice, którzy napominali nas od czasu do czasu “nie garb się”, tak i my nie rozumiemy, że oprócz czysto medycznej strony garbienie się czy, z braku lepszego określenia, chowanie się w swoich ramionach ma bardzo istotną społeczną funkcję.

Nasz umysł jest wynikiem milionów lat ewolucji układu nerwowego. Ten natomiast oparty jest o pewne uniwersalne mechanizmy obronne i egzystencjalne, które zależnie od sytuacji pobudzają organizm do produkcji odpowiednich hormonów. Np. w bólu czy zagrożeniu życia mamy wybuch adrenaliny, który pomaga nam się błyskawicznie uratować, w przypadku lęku czy choroby dominuje kortyzol. W przypadku natomiast poczucia szczęścia, spełnienia czy dominacji np. po udanym stosunku, czy realizacji ważnego projektu (a w niektórych przypadkach nawet po zwykłej wypłacie) mamy eksplozję serotoniny i dopaminy – hormonów szczęścia. Podobne szczęście i spełnienie czuje spełniony biznesmen po udanej transakcji czy udanym roku, jak i inżynier po ukończeniu przełomowego projektu, wędkarz po złowieniu rekordowego szczupaka, ale i szkolny osiłek, bo zdominowaniu słabszych “kujonów”.

Wszystkie te pozytywne sytuacje charakteryzuje pewność siebie, poczucie spełnienia, a manifestuje się to w wyprostowanej, pewnej posturze. Dlaczego jest istotne, by właśnie tę posturę przyjmować? Z dwóch powodów. Pierwszy główny jest typowo społeczny i opiera się nie na tym, jak się czujesz, ale na tym, jak jesteś postrzegany. Od kiedy szkolę mówców w wystąpieniach publicznych i handlowców w spotkaniach biznesowych powtarzam taką jedną zasadę – klient, twój słuchacz, nie ma zielonego pojęcia, co się dzieje w Twojej głowie. Nie wie, czy w środku odbywa się jakaś stresowa batalia, czy właśnie panikujesz, bo zapomniałeś najważniejszych przykładów i panicznie szukasz dalszego wątku w mowie. Tak więc Twój słuchacz, klient czy odbiorca otrzymuje to, co widzi i słyszy. Jeśli więc przyjmujesz pozę wycofaną, zgarbioną, schowasz się w swoich ramionach, skierujesz głowę w dół, będziesz w gorszej pozycji negocjacyjnej, widz wyczuje Twój stres, wycofanie. Jest to prosta droga do takiej spirali – widz wyczuł niepokój i na niego reaguje niepokojem, Ty to widzisz i wpadasz w jeszcze większą panikę. Podobnie działa to w pracy czy w szkole w środowisku, które jest wysoce konkurencyjne. Napakowani testosteronem nowi “koledzy” będą Cię testowali, poddawali Cię różnym społecznym próbom, by zobaczyć, z czego jesteś zrobiony. Jeśli jesteś “miękki”, jawnie okażesz słabość, to znajdą się tacy, którzy wejdą Ci na głowę i będą wykorzystywać to do najgorszego ekstremum, a tłum z małpim rozumem jeszcze z radością podskoczy do tego teatrzyku. Zgodzą się ze mną z pewnością wszyscy, którzy w szkole bądź w miejscu pracy doświadczyli poważnego prześladowania i znęcania się.

Z drugiej strony możesz kartę obrócić swoją postawą, odważną, niezlęknioną, śmiałą, ona spowoduje, że mało kto będzie miał ochotę ją testować. To nie jest naiwne życzeniowe myślenie – od postawy można zacząć budować swoją pozycję i samopoczucie, ważne, by robić to konsekwentnie. Wyprostowana postawa to oznaka pewności i siły. Co więcej, każdy z nas może na dzień dobry taką postawę przyjmować.

Jest jeszcze drugi powód. Jest dość modne odwoływanie się to tzw. “power poses” – pozycji siły. Czyli np. zagrzewanie się przed występem przyjmując pozycje zwycięstwa. I chociaż nie udowodniono jeszcze, że power poses mają wpływ na skoki hormonów, to na pewno częsty uśmiech i szacunek Twojego otoczenia już ma. Czyli trochę wg. zasady fake it till you make it. Jeśli brakuje Ci pewności siebie, to pozytywną otwartą i silną postawą możesz wzbudzić w swoim otoczeniu takie reakcje, które przysporzą Ci realnego uśmiechu i realnego skoku serotoniny i dopaminy. A to prosta droga do takiej pozytywnej spirali, bo skoro czujesz się dobrze i pewnie, to wykonujesz działania skuteczniej, a to doprowadza do kolejnego skoku serotoniny itd.

Nie wiem jak w Twoim otoczeniu, ale niektórzy moi przyjaciele w czasach liceum często kryli swoje kompleksy właśnie garbiąc się. Młodzi mężczyźni z nadwagą garbili się, bo ukrywali brzuszek i większe piersi lub słuchali za dużo amerykańskiego hip-hopu, a wstydliwe młode kobiety garbiły się, by ukryć małe piersi albo jeszcze coś, czego do tej pory nie rozumiem. Po latach widzę, że sama taka postawa mogła wpłynąć na ich samoocenę i pozycję społeczną, bo czy tego chcemy, czy nie jesteśmy częścią królestwa zwierząt. A tam, rządzą Ci postawniejsi, silniejsi, zwinniejsi, a wycofani, zgarbieni i niepewni zajmują siłą rzeczy niższe pozycje w hierarchii. W przypadku ludzi proces ten przebiega stopniowo i często może być niemal niezauważalny, choć niewątpliwie jest prawdziwy. Stąd też od dzisiaj – chodź wyprostowany, to naprawdę nic trudnego.

Zasada druga:
Traktuj siebie jak osobę, za której dobro jesteś odpowiedzialny.

To ciekawa i bardzo prawdziwa zasada, za którą stoi istotna idea. Nikt nie zna Cię lepiej niż Ty sam. To znaczy, że nikt nie jest w stanie Ci tak dobrze pomóc i we właściwym momencie, niż Ty sam.

Zaczynając od bardzo podstawowych przykładów jak omijanie dentysty, konsekwentne unikanie lekarza – to są rzeczy, które każdy z nas rozumie, a sami lekarze opisują to jako epidemię pacjentów, którzy przychodzą już po fakcie, gdy mleko się wylało. Gdy choroba postępuje. Dość drastycznym przykładem, z którym spotkałem się dwukrotnie w dwóch różnych miejscach pracy, było zignorowanie przez mężczyzn w średnim wieku dość oczywistych symptomów poważnej choroby układu pokarmowego. Przez ponad pół roku dwóch dumnych, silnych facetów nie udało się do lekarza z oczywistym, przepraszam za naturalizm, ale krwawieniem. Tak, wyda Ci się to oczywiste w tym momencie, idioci, nie poszli się zbadać, pół roku później okazywało się, że w obu przypadkach był to już całkiem spory nowotwór na jelicie. Ale jak to mówią mądry dopiero po szkodzie. No i w tym rzecz, może i jesteś w tym aspekcie świadomy.

Ale czy jesteś świadomy tego, jak wiele osób potrzebuje pomocy z różnymi odmianami depresji i nigdy nie uda się po pomoc do specjalisty?

W tej idei, by traktować siebie jako kogoś, za którego dobro jesteśmy odpowiedzialni, jest jednak coś więcej. To idea, by dać sobie godność, jaką z reguły dajemy tylko innym. By dać sobie szacunek, by przestać uprawiać destrukcyjne dla siebie działania. By to zrobić, musisz spojrzeć na siebie z dystansu, tak jakbyś spoglądał na przechodnia. Jest otyły? Pali? To jasne, że obie te rzeczy są destrukcyjne. Co byś tej osobie, zachowując jej godność i szacunek, poradził? No zrób coś z tym. To Cię niszczy, zadbaj w ten czy w inny sposób o siebie.

Popatrz na swoje środowisko pracy, na swoje otoczenie, na to, jak traktują Cię inni, spójrz na siebie jak na osobę, która reprezentuje jakąś wartość. Oczywiście możesz wychodzić z pozycji niskiego poczucia wartości, ale zastanów się w takim razie, jaką wartość masz dla swoich najbliższych. Zadbaj o to, daj sobie lepszą przestrzeń, spraw sobie przyjemność, traktuj siebie z szacunkiem. Daj sobie więcej niż tylko moralizującą gadkę o tym, że się trzeba wziąć za siebie. Po prostu daj sobie to, na co faktycznie zasługujesz.

Trzecia zasada:
Przyjaźnij się z ludźmi, którzy chcą Twojego dobra.

Wątek ten poruszałem już wiele razy, ale głównie ze strony rezygnacji i odsuwania się od relacji toksycznych. Od relacji, które ciągną Cię w dół. I to jest tutaj istotne jako pierwsza idea – nie mamy obowiązku siedzieć na czyimś Titanicu. Jeśli ktoś tonie i ciągnie przy tym całe otoczenie w dół, krzywdząc Ciebie i każdego dookoła – lepiej odejść od takiej relacji. Może się to wydać zimne, jednak główną zasadą jest relacja osób dysfunkcyjnych z funkcyjnymi. Funkcyjni dobrze widzą, kiedy ktoś ma typowe społeczne dysfunkcje, jest toksyczny, wchodzi innym na głowę, epatuje agresją, ma zachowania patologiczne. Funkcyjni jednak mają miękkie miejsce w postaci empatii – często wpadają w taką moralną pułapkę, żeby pomóc tym dysfunkcyjnym. Tylko właśnie z reguły te dysfunkcje są tak duże, że ciągną w dół każdego. Pal licho, jeśli to jakaś odległa rodzina albo po prostu znajomy ze szkoły, gorzej jak jest to ktoś bliski, albo nawet jesteś w związku z osobą, gdzie Ty jawisz się jako mężczyzna, który postanowi uratować kobietę będącą jednym wielkim bałaganem. To są trudne wątki w życiu, nie mi dokonywać oceny, ale nie masz moralnego obowiązku siedzieć na czyimś Titanicu, to Twoje życie. Pamiętaj drugą zasadę – najpierw pomóż sobie.

Mimo to jest jeszcze jedna idea, która jest szalenie istotna. Otóż posiadając w swoim otoczeniu ludzi, którzy życzą Ci dobrze i faktycznie kibicują Twoim przedsięwzięciom, uzyskasz kilka kluczowych wartości.

  • Po pierwsze zostaniesz wysłuchany jak coś pójdzie nie tak.
  • Po drugie, gdy się wyżalisz, nie usłyszysz takiej fałszywej kontry w postaci “no to bardzo źle, a u mnie to jeszcze gorzej się wydarzyło, bo…” – tego typu konwersację są dowodem na to, że Twój rzekomy przyjaciel Cię po prostu nie słucha.
  • Po trzecie Ci ludzie faktycznie przyjmą i zrozumieją Twoje emocje.
  • Po czwarte nie będą skrycie cieszyć się z Twojego niepowodzenia.
  • Po piąte, gdy się coś Tobie uda będą się faktycznie cieszyć Twoim szczęściem, a nie skrycie Ci zazdrościć.
  • Po szóste – taka uczciwa osoba, będzie Cię wspierać w dążeniu do bycia lepszym.

Nie masz obowiązku przebywania z osobami, które Cię krzywdzą, które niszczą Twoje życie, nie rób tego. Z reguły nie dysponujesz też narzędziami, by takie szkodliwe zachowania uzdrowić, by to potężnie zmienić – wręcz jest na odwrót – to takie toksyczne relacje ściągną Cię do tego poziomu. Nie ma nic złego w zmianie otoczenia i znajomych – to po prostu kolej rzeczy. Dlatego, jeśli masz już zmienić otoczenie i znajomych – wybierz takich, którym faktycznie będzie zależało na Twoim dobrobycie.

Czwarta zasada:
Porównuj się do siebie z wczoraj, a nie do kogoś z dzisiaj.

Jest to zasada, którą bardzo lubię i często o niej mówię na moim kanale, a która kompletnie zmienia spojrzenie na to, co ma wartość w życiu i co niesie szczęście. Porównywanie się do innych to strasznie ułomna sztuka. Dlaczego? Bo jeśli popatrzymy na wielkich przedsiębiorców i biznesmenów np. takiego Garyego Veyhnerchucka – to możemy faktycznie zachłysnąć się jego zmysłem, tempem, energią oraz, co chyba najistotniejsze, rozmiarami biznesu, jaki zbudował. Teraz jak sam patrzę na biznesik, który zbudowałem, to jak w kreskówkowej walce na miecze – mój właśnie zmniejszył się do rozmiaru wykałaczki, a on trzyma w łapie wielki młot. Z drugiej strony widzisz absurd tej sytuacji. Tego nie da się porównać, bo zbyt wiele czynników wchodzi w grę.

Jordan Peterson niezwykle słusznie zaznacza tutaj, że istotne są pewne kluczowe etapy poznawania i rozwijania siebie. To znaczy, że mając 17 lat, bardzo ciężko będzie nam się odseparować od wizerunku naszych idoli, ale mając już 30-stkę na karku powinniśmy być na tyle samoświadomi i mieć za sobą dość przeżyć, by móc rozsądzić nie tylko co jest dla nas istotne, ale na jakim poziomie jesteśmy.

Co przez to rozumieć. Z reguły w różnych psychologicznych poradnikach dostajemy od 5 do 8 może 9 obszarów życia, które w wieku 30 lat są dla nas bardzo jasne i klarowne. Pomiędzy tym będzie: praca, hobby, rodzina, majątek, zdrowie, relacje, czasami dojdą specyficzne punkty takie jak rozwój osobisty czy nauka lub sport. I teraz dwie piękne idee, które z tego wyciągamy to:

Po pierwsze jak porównujesz się do takiego turbo przedsiębiorcy, to widzisz tylko jego jedną stronę z ilu, 6, 8? Sam Gary Veyhnerchuck jak wspomina o swojej rodzinie i relacjach ze swoimi dziećmi kompletnie zmienia w wywiadach ton, da się czuć w jego głosie i w sposobie jaki to mówi lekkie poczucie winy. Ja nie wiem, Ty nie wiesz, nikt oprócz jego rodziny nie wiedzą, co się dzieje za kulisami w pozostałych obszarach jego życia. Zresztą mamy galerię ludzi, których się podziwia za jedno, a w innych obszarach życia mają kompletny bajzel. Tak więc takie porównywanie nie ma sensu.

Po drugie skoro jesteś w stanie zrobić swoją personalną gradację na zasadzie – ok, dzisiaj w moim hobby jestem w punkcie, gdzie poświęcam mu 3 godziny w tygodniu. To Twoim zadaniem na podstawie tej zasady, będzie poświęcenie w kolejnym tygodniu np. 4 godzin. Albo 3 godzin i 15 minut. Zasada małych kroków i cierpliwości jest tutaj bardzo istotna – stąd też musisz porównywać się tylko i wyłączenie do siebie. Za miesiąc będą to 4 godziny tygodniowo, za pół roku 5 godzin, za rok 10 godzin w tygodniu, a za 3 czy 4 lata może i 40 godzin w tygodniu, czyli Twoje hobby, rzecz, którą kochasz – zastąpi Twoją już byłą pracę. I nie jestem tutaj gołosłowny, ale żeby zachować w tym umiar i zdrowe proporcje trzeba porównywać się tylko do siebie z dnia poprzedniego. Tylko tak możemy zrobić progres, który przyniesie satysfakcję. Codziennie dodawanie rzeczy, które lubisz, stawianie się w pozycji, która sprawia Ci radość, codziennie coraz więcej, z tygodnia na tydzień, z miesiąca na miesiąc. Ja sam dokładnie w taki sposób odnalazłem swoją zawodową pasję – kroczek po kroczku, stawianie się w tym dobrym miejscu coraz częściej i coraz więcej, aż do przekucia tego w zawód. Ta zasada prowadzi do realizacji Twojego faktycznego potencjału.

Piąta zasada:
Nie pozwól swoim dzieciom robić rzeczy, które zniechęcają Cię do nich.

To ciekawa zasada, która pokazuje jak budować relacje z istotami, które z jednej strony bezbrzeżnie Ci ufają, a z drugiej testują Twoją cierpliwość i społeczne granice ciągle stając po drugiej stronie. Muszę sam przyznać, że jako rodzic, wychowywanie dzieci wymaga dużej dozy samokontroli i opanowania, jednak Jordan daje jasny wgląd na to, jak unikać sytuacji, które sprawiają, że to Ty zniechęcisz się do swojego dziecka. Nie ma nic gorszego dla młodego rozwijającego się człowieka, jak najbliższy, który stracił zainteresowanie w utrzymywaniu z nim relacji. A to może się stać. Jednym z charakterystycznych aspektów takiej nieudanej relacji jest rodzic, który nie mogąc poradzić sobie ze swoją frustracją bierze odwet na dziecku nie tyle fizyczny, bo to jest jedno ekstremum, ile np. obrażając się na nie lub lekceważąc jego potrzeby w wyniku jakiegoś skrytego focha. To nie tylko odsuwa rodzica od dziecka, ale samo dziecko od relacji. Stąd też cała zasada dotyczy uczciwości w relacji rodzic dziecko, ale i cierpliwości i postawy rodzica jako wiedzącego lepiej i unikającego sytuacji konfliktowych.

Szósta zasada:
Posprzątaj u siebie, zanim kogoś skrytykujesz.

Istotą jest tutaj nasza łatwość, z jaką przychodzi nam ocenianie innych i generalizowanie. Podstawą tej zasady są pewne dość mroczne spostrzeżenia, że świat i życie pełne jest czy tego chcemy, czy nie momentów nieprzyjemności, czasem wręcz cierpienia, które ciężko nam sobie wyobrazić. Ludzie, którzy mają pewne psychiczne podatności i są ofiarami tego typu traumatycznych sytuacji, mają często w swoim arsenale przemyśleń bardzo dużo złości i pretensji do świata. Czyli jeśli rozszerzymy taką łatwość, z jaką przeciętny człowiek ocenia, to ocena radykała nie tylko będzie się kończyła na werbalnym wyrażeniu, ale i na działaniu. Jordan Peterson przywołuje tutaj okropne sytuacje ze strzelanin w szkołach w stanach, gdzie szalone dzieciaki mordowały z zimną krwią inne dzieci. Istotne jest, że z takiego podstawowego punktu widzenia oczywiście jest to okropne, natomiast mało kto zastanawia się jaki proces myślowy dążył do takiego okropnego zdarzenia. I właśnie ten proces myślowy nie leży daleko od naszego codziennego oceniania i generalizowania typu “a Ci wszyscy politycy to oszuści i złodzieje” albo “kobiety to by tylko chciały…” albo “Faceci to świnie, bo…”. Żeby nie brnąć w abstrakcję, bo u nas faktycznie strzelaniny są rzadkością, podam Ci przykład, który u mnie zawsze wywołuje potężny dysonans – ludzie, nawet tacy, którzy wydają się nam przeciętni i normalni, są często bardzo blisko takiej tragicznej czy sadystycznej granicy wykonania samosądu. I chodzi mi tutaj o dowolny zestaw komentarzy pod dowolną tragiczną wiadomością o szczeniakach wrzuconych do rzeki albo psie zostawionym w lesie, albo myśliwych, którzy odstrzelili sarnę. Poziom agresji, w tym wypadku na szczęście werbalnej, jest niewyobrażalny – mimo to z pozoru przeciętni normalni ludzie, ale wystarczy kilka sekund i potrafią zamienić się w toczące pianę zwierzęta, które zagryzłyby całą rodzinę winnego i trzy kolejne pokolenia.

Tak więc podsumowując, bo poruszyliśmy ekstremum oceniania – trzeba być naprawdę w porządku sam ze sobą, by móc pozwolić sobie na właściwą ocenę, zarówno moralną, jak i merytoryczną. Niestety ocenianie i krytyka bardzo często, zamiast wbijać szpilkę w krytykowanego obnaża nasze słabości. Stąd też warto, by u nas wszystko było w porządku, zanim wydamy osąd, bo inaczej to my wyjdziemy na tego złego.

Siódma zasada:
Dąż do tego, co ma znaczenie, a nie do tego, co jest korzystne.

To, co ma znaczenie identyfikujemy z reguły przez nasz instynkt, nie przez racjonalne kalkulowanie. Na przykład, jeśli stwierdzisz, że tych parę minut poświęconych tej czy innej animacji na naszym kanale było tego warte i niosło znaczenie – to zależy od Twojego odczucia – w końcu nie jawi Ci się momentalnie żaden jasny sposób jak możesz to zmonetyzować ale było warto – to instynktowna reakcja.

Jordan Peterson bardzo jasno zaznacza, że jeśli mamy i robimy to, co ma dla nas znaczenie, stawiamy opór tragedii życia – tragedii rozumianej w sensie tych wszystkich wydarzeń, które nas spotykają, które targają tym życiem z prawej do lewej. To, co ma znaczenie to miejsce pomiędzy porządkiem i chaosem, to coś, co sami definiujemy i ciężko się z nim nie zgodzić. Ten wybór ścieżki, która ma to znaczenie, jest tutaj istotny.

Popatrz na to, jak skonstruowany jest nasz mózg:
Jedna jego część odpowiada za rzeczy, które już znam i rozumiemy
Druga jego część odpowiada za rzeczy, których nie znamy, czyli porządek i chaos.

I teraz ta ścieżka znaczenia jest pośrodku dlatego, że jeśli będziesz ciągle w miejscu, które znasz i rozumiesz, nigdy nie rozwiniesz się, nie pójdziesz do przodu, nie przetestujesz nowych idei, nie sprawdzisz swoich pomysłów w działaniu. Jeśli z drugiej strony zanurzysz się rzeczach, których nie rozumiesz, sprawisz sobie sporo bólu i cierpienia i zostaniesz zmuszony, by się wycofać.

W kontraście, jeśli zdecydujesz się na to, co jest korzystne, poświęcasz swoje przyszłe szczęście dla tego, co jest ważne tu i teraz. Tu przejawia się ten bardzo popularny w komentarzach i w ogóle na moim kanale dylemat między pracą etatową, której nie lubimy, ale pomaga zaspokoić bieżące życie, a marzeniem o niezależności, własnym biznesie i wolności finansowej.

I tu trzeba powiedzieć sobie to bardzo jasno – nigdy to przejście nie pójdzie dobrze, jeśli zrobimy je radykalnie, co nie zmienia faktu, że trzeba próbować – codziennie coraz więcej.

Kluczem jest, by znaleźć rzeczy, które mają dla Ciebie znaczenie. Czasem opisuje się to jako rzeczy, w których możesz się zatracić bez końca, mówi się czasem o tym, że jest to stan mindfullnes albo że jesteś w zonie. Dla mnie takim odkryciem po latach było przemawianie do ludzi. To sprawiało, że mimo wykonywanej pracy faktycznie odpoczywałem, zanurzałem się w doświadczeniu, czas mijał jak za pstryknięciem palcem. No i też stałem przed takim dylematem – przecież z tego nie da się wyżyć, a przynajmniej nie od razu. No ale podjąłem zobowiązanie, że chcę w życiu robić więcej tego, co lubię, mniej tego, co nie lubię i celowo projektowałem swój harmonogram w taki sposób i zgadzałem się na każdą propozycję przemawiania, postawienia się przed publiką – by jak najczęściej znajdować się w korzystnej dla mnie sytuacji. I tak z kilku interakcji w miesiącu, przerodziło się to w kilkanaście, potem użyłem swojej ekspertyzy i poprowadziłem pierwsze szkolenie, potem kolejne, darmowe, a potem zacząłem brać za to skromne pieniądze, potem coraz lepsze. I tak wykształciłem w 4 intensywne lata zawód trenera.

To mój przykład, ale nie jestem w tym odosobniony i bardzo utożsamiam się z tym punktem, że trzeba znaleźć ten punkt, a potem podążać według zasady, by robić w życiu więcej tego, co lubisz, a mniej tego, co nie lubisz i celowo prowokować te fajne rzeczy.

Ósma zasada:
Mów prawdę albo przynajmniej nie kłam.

Zasada w zasadzie wyjaśnia sama siebie z tytułu, natomiast stoi za tym głębsza myśl. Po pierwsze bardzo ciężko jest mówić prawdę, bo żeby mówić prawdę, trzeba tę prawdę znać, a z reguły z samą wiedzą bywa u nas różnie. Stąd też wiele osób posuwa się do tego, by markować swoją niewiedzę celowym kłamstwem, pozorowaniem. Zarówno niech to będzie bardzo zgrabny marketing personalny, gdzie ktoś kreuje się na eksperta wiedząc, że jest najwyżej takim sobie specjalistą, jak i naciągany model biznesowy lub po prostu kreowanie wizerunku “obrotnego przedsiębiorcy, który daje radę ze wszystkim”. Głębsza idea Petersona jest taka, że cała rzeczywistość stoi na jakiejś prawdzie. Teraz przychodzisz i mówisz, że oszukasz i ujdzie Ci to oszustwo i wpisze się w prawdziwość otoczenia. Otóż nie, głównie z tego powodu, że ktoś Cię sprawdzi i przejrzy. Albo będzie to Twój klient, albo inny specjalista z branży, albo po prostu Twoja rzeczywistość dogoni Twój fałszywy wizerunek i wszystko się wyda. I nie ma nic bardziej zawstydzającego jak publiczne upokorzenie kłamcy, z reguły to jest koniec dla życia społecznego danej jednostki.

Chociaż są niechlubne wyjątki, ludzie o wysokich umiejętnościach manipulacyjnych, narcyzi, którzy potrafią zasłonić swoje kłamstwa ideologią, czymś, na co ludzie w obecnych czasach są bardzo podatni i wrażliwi. Ale to temat na kompletnie inny wątek. Stąd też ta zasada – mów prawdę albo milcz, jeśli miałbyś skłamać.

Dziewiąta zasada:
Zawsze zakładaj, że Twój rozmówca wie coś, czego Ty nie wiesz.

To jest koronna zasada do wszystkich konwersacji, jeśli chcemy by miały jakąkolwiek wartość. W życiu możemy uczyć się albo na własnych błędach, albo czerpać wiedzę od innych ludzi. Teraz, jeśli założymy, że nasz rozmówca jest idiotą, głupi, jego zdanie jest nic nie warte, to nie dość, że wykonamy grzech generalizacji i oceny, ale przede wszystkim, co nam to daje? Czujesz się wtedy lepiej? A gdyby się okazało, że ten drugi człowiek wie coś, czego Ty nie wiesz, ma spojrzenie na tematy, o których rozmawiacie takie, jakiego jeszcze nie spotkałeś?

Dla własnego dobra – słuchaj innych ludzi. Z rozmów chcesz wyjść mądrzejszy niż wszedłeś. Zresztą, jaka to chwała wygrywać kłótnie, co to znaczy wygrać dyskusję? Zbesztać kogoś, nazwać imbecylem? Kto jest wtedy prawdziwym przegranym? Ty, bo się niczego nie nauczyłeś, a marnujesz czas i emocje. Stąd też przyhamuj trochę, zadawaj pytania, spróbuj zrozumieć swojego dyskutanta, poproś o wytłumaczenie, jeśli czegoś nie rozumiesz.

I może się okazać, że logika Twojego rozmówcy jest słaba, argumentacja miałka, ale nie możesz tego z góry założyć, jeśli faktycznie chcesz się czegoś dowiedzieć. Zresztą ta zasada jest bardzo istotna w związkach. Jak przychodzi trudny moment konfliktu, starcia – co robisz? Wygrywasz? Atakujesz? Najlepsza taktyka to założyć, że druga strona ma jakąś wiedzę na temat Waszej relacji, której ty nie posiadasz. Więc dobrze by było się dowiedzieć w drodze normalnej rozmowy. Na tym polega uczenie się, korygowanie własnego postępowania i bycie ogólnie lepszym.

Dziesiąta zasada:
Mów precyzyjnie i jasno.

Z reguły tej zasady używam ucząc mówców i w moich warsztatach z przemawiania – by używać zrozumiałego jasnego słownictwa, ale Jordan używa tej zasady w bardzo precyzyjnym celu: by nazywać problemy po imieniu. Czyli, jak to z tym słoniem na środku pokoju, wszyscy chodzą dookoła problemu, krępują się, by nie nazwać go, bo może kogoś urażą, bo może to niegrzeczne i tak problem jest i śmierdzi. Stąd też taka umiejętność, jak u małych dzieci, do przyjścia i powiedzenia, że na środku pokoju stoi słoń. To bardzo przydatna zasada. Ściąga napięcie z relacji społecznych, ale również ściąga fasadę sztuczności, pozwala skupić się na esencji problemu i nad szukaniem realnego rozwiązania.

Często mamy takie drobne rzeczy w pracy, coś nam przeszkadza w zachowaniu innych, takie oczywiste rzeczy, ale nikt nie mówi, bo jeszcze ta druga osoba się obrazi. Dopiero w pewnym momencie przychodzi wybawca i nazywa rzeczy po imieniu. I napięcie spada. I w tym rzecz i cała idea.

Jest też druga strona medalu, czyli umiejętność nazywania swoich problemów jasno i wyraźnie. Takie nienazwane i niezdefiniowane problemy mogą urosnąć do sporych rozmiarów lęków, fobii i uprzedzeń – dajmy na to, nie wyszło nam z jedną kobietą. Jeśli nie nazwiemy i nie zdefiniujemy jasno, co poszło nie tak, nie przeprowadzimy ze sobą właściwej konwersacji, lub nikt nam nie pomoże tej konwersacji przeprowadzić – wówczas możemy po latach poczucia skrzywdzenia rzutować te emocje na każdą kolejną kobietę. I w tym leży trudność, bo nie nazwaliśmy jasno problemu. Gdy jednak to zrobimy w odpowiednim czasie – wówczas mamy dość szybko zestaw możliwych działań zaradczych. W przeciwnym wypadku będziemy po prostu przegrani.

Jedenasta zasada:
Nie przeszkadzaj dzieciom podczas jeżdżenia na deskorolce.

Jest bardzo cienka granica między głupotą i odwagą. W tym wypadku Jordan podaje bardzo jasny przykład młodych dzieciaków, którzy niedaleko jego miejsca pracy jeżdżą na desce. Ale nie tak grzecznie w kółeczku, tylko zjeżdżają po poręczach, robią triki, które dla rozsądnego dorosłego mogą kojarzyć się tylko z bolesnym lądowaniem na kolanach, tyłku, jajkach czy innej bolesnej części ciała.

I muszę przyznać, że choć sam nie należę do fizycznie odważnych typów, sam jeździłem lata temu na rolkach właśnie w taki sposób, a przynajmniej próbowałem. No i reakcje są podobne – rodzice przepędzają młodzież, pukają się w głowę, że to głupie. Podobna sytuacja jest, jak place zabaw są coraz to bardziej bezpieczne i wolne od kontuzjogennych drabinek. To trend, który zmierza w kierunku przeciwnym, w jakim powinna zmierzać młodzież. Dlaczego? Bo to co wydawać by się mogło głupie, jest równocześnie ćwiczeniem odwagi.

Dzieciaki próbują być w czymś dobre, zaczyna im wychodzić, są coraz bardziej odważne, testują swoje limity i swoją odporność. Nie wychodzi, dostają łupnia od fizyki i słabości swojego delikatnego ciała. Wychodzi – satysfakcja jest ogromna. Rodzice i dorośli zapominają często, że właśnie w taki sposób młodzi ludzie kształtują swoją silną wolę, swój charakter, swoją odwagę. Jeśli ktokolwiek będzie miał problem z wychodzeniem ze swojej komfortowej strefy, to tylko Ci, na których za młodu rodzice chuchali i dmuchali, by im się przypadkiem krzywda nie stała. To niestety droga do społecznego kalectwa i nieporadności życiowej. I zgadzam się z Petersonem w tym punkcie – pozwólmy dzieciakom jeździć na desce.

Dwunasta zasada:
Pogłaszcz kota, którego spotkasz na ulicy.

To nietypowe nazwanie zasady wywodzi się z personalnej historii Petersona, a dotyczy tak naprawdę szukania małych interakcji, które mają znaczenie w obliczu wielkiej tragedii, nieszczęścia, które zakrywa Ci cały widok na świat.

Zdarza się tak, że w życiu spotka Cię tragedia, nieszczęście coś, co sprawi, że niezależnie od Twojego nastawienia będziesz miał głowę jakby zasnutą czarną mgłą złych myśli. Stąd też pojawia się bardzo praktyczna zasada, by na ten czas zawęzić swoje horyzonty, zawiesić plany, nie męczyć się ze wszystkim tym, co musisz zrobić, tylko żyć z chwili na chwilę.

Istotne jest, z tym konkretnym kotem, że choćby skorzystanie z małej interakcji z przyjaznym kotkiem, który nie jest nijak związany z tą tragedią, może dać Ci mały promyk światła w tym trudnym momencie. Ale żeby wejść w tą interakcję, powinieneś się przełączyć na myślenie krótkoterminowe, planuj z dnia na dzień, z godziny na godzinę. Doceń drobne rzeczy, staraj się dawać radę w krótkim czasie. To trudne, a cały rozdział dotyczy bardzo dużych katastrof i radzenia sobie z nimi.

Oto dwanaście zasad Jordana Petersona okraszone moim komentarzem, mam nadzieję, że będą Ci przydatne i wyciągniesz z nich dla siebie rzeczy, które Cię interesują.

 

Leszek Cibor

Podziel się